Muzyczny Zaułek,  Recenzje

Wszyscy bogowie pomarli [MAZOLEWSKI I PORTER]

Zupełnie inne oczekiwania żywiłem do tej płyty. Do podobnych kolaboracji często podchodzę z określonym wyobrażeniem muzyki, którą mogę otrzymać. Philosophia mimo iż zupełnie różna od tego, czego się spodziewałem, zapewniła mi tak wielką frajdę i satysfakcje, że moje dawne przewidywania co do jej klimatu odchodzą już w dalekie zapomnienie.  Porter i Mazolewski to duet dla siebie wprost stworzony.

Philosophia to pierwszy wspólny album doświadczonych artystów, których muzyczny dystans zdawałoby się powinien uniemożliwiać owocną współpracę. Okazuje się jednak, że muzyka nie zna granic, które (zupełnie bezsensownie) powstawać mogą tylko w ludzkich umysłach. Różnica stylistyk muzycznych obu panów, kojarzonych (mówiąc najogólniej) z muzyką rock’n’rollową i jazzową, nie przeszkodziła w wykreowaniu niesamowitego klimatu krążka oraz stworzenia całkowicie spójnej i przemyślanej koncepcji, na którą składa się czternaście godnych zapamiętania kompozycji.

Kiedy słyszę „John Porter” od razu przypomina mi się ten niesamowity wieczór w gorzowskim amfiteatrze. Był to najskromniejszy koncert na jakim kiedykolwiek byłem. Muzyk na scenie był sam, miał ze sobą kilka gitar i harmonijkę ustną. Wystarczyło. Był to magiczny wieczór, który zapamiętam na bardzo długo – esencja muzyki, którą wspominam z tym większą nostalgią przy okazji krążka wydanego z wielkim propagatorem jazzu, uznanym nie tylko w Polsce, ale również za granicą –  Wojtkiem Mazolewskim.

Philosophia to zarówno bardziej żywiołowe i przebojowe kawałki (Life Story czy Driver), ale także niezwykle klimatyczne i (wybaczcie za ten tytułowy plagiat) melancholijne kompozycje w stylu chociażby wspomnianej Melancholii inspirowanej Blackstar Davida Bowiego czy filmem Larsa von Triera o tym samym tytule. Premierowe wydawnictwo muzyków rzeczywiście klimatem stoi, tak jak chociażby lekko zadymione i nieco psychodeliczne All About You, w którym usłyszeć możemy metaforyczne, ale jakże zrozumiałe i jasne w swoim przekazie zdanie, że „miłość gęstsza jest od krwi”.

Płyta jest w pełni anglojęzyczna, a za jej treść liryczną odpowiada John Porter. Mamy w tej przestrzeni kilka mocnych uderzeń, jak chociażby bardzo wymowne zdanie z ostatniego kawałka na tej płycie, które nie pozostawia (także muzycznie) słuchacza obojętnym wobec całości materiału. „Wszyscy bogowie pomarli”. Nasuwają się pytania o autorytety, o zakorzenienie w głębszych, nienaruszalnych wartościach, których być może czasem w naszym otoczeniu brakuje. Place Of No Return to w ogóle świetnie dopieszczony i genialnie domykający tę płytę utwór.

Wspaniały jest tu oczywiście wokal Portera. Czaruje niczym Cave, charyzmą nie odstaje od Jaggera, a momentami schodzi tak nisko, że brzmi niczym Cohen. Wielki szacun.

Pozycja obowiązkowa. Jedna z najlepszych płyt pierwszego półrocza 2019 roku. Z tym albumem  można się zagłębić nie tylko w porcję świetnej muzyki, ale również w samego siebie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *