Muzyczny Zaułek,  Recenzje

KRÓLOWA DRAM JEST TYLKO JEDNA… SANAH!

Choć królowa jest tylko jedna (ostatnio obchodziła sześćdziesiąte urodziny), dziś jesteśmy świadkami narodzin nowej, jedynej i niepowtarzalnej (to trzeba jej przyznać) – Królowej Dram. Tytuł to może nienazbyt podniosły, ale trafnie charakteryzujący debiut, z jakim mamy do czynienia. Panie i Panowie, sanah is here!

Młoda wokalistka debiutująca pod pseudonimem sanah, to właściwie Zuzanna Jurczak. W ubiegłym roku obroniła licencjat w klasie skrzypiec na Uniwersytecie Muzycznym im. F. Chopina w Warszawie. Początkowo związana była z wytwórnią Universal Music. Obecnie działa wraz z Magic Records i to właśnie pod jej skrzydłami w październiku 2019 roku wydała pierwszą EP-kę (w formie winyla!) – „Ja na imię niewidzialna mam”.

Dziwne jest to uczucie, kiedy po przesłuchaniu albumu na wskroś smutnego, nijak nie możesz wyrzucić z głowy przepełnionych radością myśli. Niejeden przeciętny tekściarz nazwałbym to „wodospadami słów”, a ja określę mianem „nadprodukcji przymiotników”. Chodzi między innymi o „pusto, smutno, ponuro”, „niechciana, sama, sanah”, „okrutny, paskudny, złudny” czy „spięta, śnięta, szurnięta”. Prawda, że dużo tego? Klimat od takich słów powinien zdecydowanie tężeć, ale w moim przypadku efekt jest odwrotny. Być może jest w tym coś niestosownego, ale piszę to z pełną sympatią do… no właśnie! Królowej Dram!

Debiutancki album sanah, która w ostatnich miesiącach wyrosła na jedną z najpopularniejszych gwiazd młodego pokolenia w polskiej muzyce, jest albumem spójnym, przemyślanym i równym. Zdecydowanie nie jest to typ muzyki, który usadowił się najbliżej mojego serca, ale bardzo cenię młodych artystów, którzy mają pomysł na siebie, swoją twórczość i umieją ten zamysł zrealizować. Sanah nie dość, że bierze aktywny udział w komponowaniu swoich utworów, pisze teksty, to jeszcze umie wywrzeć wrażenie absolutnej autentyczności. To jest właśnie powód, dla którego warto posłuchać tej płyty. Poza tym jest to, rzecz jasna, album pełen przebojowych kawałków, które prędzej czy później podśpiewywać będzie każdy, nawet najbardziej zagorzały przeciwnik tak zwanego radiowego popu.

Jeśli miałbym szansę porozmawiać z Królową Dram na żywo, przekazałbym jej tylko jedną uwagę. W tekstach sanah kryje się ogromny potencjał, choć (moim skromnym zdaniem) przeładowane są one wspomnianymi już nagromadzeniami określników oraz odzywkami charakterystycznymi dla… w zasadzie trudno to określić. Ludzi ulicy? Nastolatków? Sam nie wiem. „Dzbana” tu chyba nie usłyszycie, ale niezbyt górnolotne sformułowania typu: „po co mi ta spina”, „ze mną coś nie halo”, „spoko, nie szkodzi”, „nie znam typa” czy „rzuca mnie trochę, więc zamawiam taxę” już owszem. Domyślam się, że młodemu odbiorcy taki rodzaj przekazu się spodoba, dodatkowo stanowi on pewną cechę charakterystyczną muzyki sanah, ale optowałbym za ograniczeniem tego typu tekstów.

Uwagi, uwagami, a w gruncie rzeczy chodzi o to, żeby twórca działał w zgodzie z samym sobą, a takim działaniem, w przypadku sanah, niewątpliwie jest tworzenie utworów intymnych, których treść może pozwolić odbiorcy wczuć się w konkretną, zazwyczaj niezbyt optymistyczną, sytuację. Tak jest chociażby w utworze tytułowym: „Ja modliłam się długo tylko o jedno, by przy sobie kogoś mieć. Czemu dzisiaj tu tak pusto? Czy nie tak coś ze mną jest?”. Podobnie sprawa się ma w przypadku Proszę pana, gdzie śpiewa: „Zakładam szpile, byś chociaż przez chwilę mnie widział i zechciał mnie. Ja na imię niewidzialna mam”. Motywem przewodnim płyty zdają się natomiast łzy, które spływają z polików sanah w co którejś piosence. Ba! Sprawa jest na tyle poważna, że „łezki”, o których śpiewa debiutantka, mają różne smaki! Nic w tym dziwnego, w końcu, kiedy zwracamy się ze sprawą do kogoś bliskiego, tak jak w Łezki me, mają one „słodki” aromat, kiedy natomiast upominamy się o uwagę kogoś, kto nas nie dostrzega (Proszę pana), nasze łzy muszą być zaprawione goryczą. Jeszcze gorzej sprawa się ma w utworze Solo, gdzie sanah „nad [swoim] losem płaczę”, bo w przypadku takiego wyznania żarty muszą się skończyć!

Wybaczcie nieco luźniejszą formę tego tekstu. Jedną z naczelnych zasad tworzenia recenzji jest dostosowywanie formy przekazu do typu odbiorcy lub tematu artykułu. Biorąc sobie te słowa do serca, stwierdziłem, że pisząc o „spoko Królowej Dram”, mogę sobie pozwolić na nieco więcej. Na koniec – już w pełni poważnie – chciałbym podkreślić, że pomimo kilku słabszych elementów, jest to płyta solidna, przebojowa i  warta poznania. Produkcja stoi na najwyższym poziomie, a za częściową instrumentalność tej płyty i liczne dodatki kompozycyjne w postaci smyków należą się duże słowa uznania. Ten album bynajmniej nie jest „trochę żałosny”!

 

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *